Po dramatycznym meczu beniaminek z Zabrza wygrał z Warmią Olsztyn i dzięki temu przezimuje na bezpiecznym, ósmym miejscu.
Brawo Janek! – hasło to w pierwszych minutach z trybun usłyszeliśmy pięciokrotnie. Za każdym razem, gdy Mateusz Jankowski zdobywał gola. - To kibicujące nam miłe panie, które jeżdżą za naszą drużyną – uśmiechał się „Janek”. Tuż po spotkaniu zarówno on, jak i jego koledzy nie mieli już powodów do radości. - Pewnie jeszcze długo do nas nie dotrze, jak przegraliśmy to spotkanie. Kontrolowaliśmy wszystko do 45 minuty i coś się zacięło – przyznał załamany kołowy Warmii. To właśnie z nim zabrzanie mieli największe problemy, zostawiając mu zbyt dużo miejsca. Stąd długo dominowali goście, którzy grali bardzo dobrze w obronie. No i mieli świetnie spisującego się między słupkami Sebastiana Sokołowskiego. Bramkarz olsztynian złapał nawet rzut karny wykonywany przez Aleksandra Buszkowa. I gości brnęli do przodu. Po zmianie stron, ku uciesze sporej grupy kibiców, do głosu doszli gospodarze. - W przerwie wytłumaczyliśmy sobie spokojnie, co mamy grać i w końcu zaczęliśmy to realizować. Bo na początku nic nam nie wychodziło. Popełnialiśmy mnóstwo prostych błędów – zdradził obrotowy Łukasz Kandora. - Był to bardzo ważny mecz. Porażka nie wchodziła w rachubę. A do tego obiecaliśmy Szaszy Buszkowowi, że powalczymy o zwycięstwo dla jego syna Jarika, który urodził się w piątek. Nie mogliśmy go zawieść – dopowiadał Dmitry Marhun. To właśnie trzy kolejne bramki rozgrywającego, a także dwa obronione rzuty karne i kilka innych piłek przez Sebastiana Kickiego, oraz wygrana gra w osłabieniu w rozmiarze 3:0 (!) pozwoliły wyjść zabrzanom na minimalne prowadzenie. - Paradoksalnie, lepiej nam szło, gdy było nas na parkiecie o jednego mniej, a nie więcej – uśmiechał się Kandora. - To był właśnie ten moment zwrotny – podkreślił Sebastian Kicki. - Uwierzyliśmy, że nic złego nam się nie może już stać. Mocną obroną w końcu wyłączyliśmy Jankowskiego – dodawał bohater Powenu. - Ja bohaterem? Oczywiście, że nie. Wszyscy się spięli w końcówce i dzięki temu możemy świętować wygraną za „cztery punkty”. Wyniki innych par nam się nie ułożyły i musieliśmy liczyć tylko na siebie. Widać, że powoli tworzymy kolektyw i coraz bardziej się rozumiemy – stwierdził Kicki. - Osobiście dziękuję chłopakom za walkę w tej drugiej połowie, dzięki czemu mogę wygraną dedykować synowi. Bo przyznam, że po trudnym początku bałem się, że nie będę mógł tego zrobić – zakończył Buszkow. A po spotkaniu koledzy odśpiewali jeszcze głośne sto lat i wszyscy w wyśmienitych nastrojach rozjechali się do domów .